poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 2.

Obudziłam się zlana potem. Znów ten sen. Niezmieniający się koszmar nawiedzający mnie od 2 tygodni. Tylko Halley o tym wiedziała. Przed innymi udawałam, że wszystko w porządku. Nawet rodzinie nic nie powiedziałam.
Spojrzałam na zegarek. 4:30. "Jeszcze wcześnie. Ale nie zasnę już na powrót" - pomyślałam. Zwlokłam się z łóżka, założyłam kapcie i jak najciszej opuściłam swój pokój. Korytarz był pogrążony w mroku, bowiem słońce nie zaczęło jeszcze swej wędrówki po niebie. Poszłam do łazienki, wykonałam wszystkie poranne czynności, po czym skierowałam się do kuchni. Zjadłam kanapkę z nutellą (mniam :D) i popiłam to zimnym mlekiem prościutko z lodówki. Do szkoły zaś zrobiłam sobie kanapki z białym serem oraz herbatę z cytryną. Równie cicho jak wyszłam weszłam do mojego królestwa. Sprawdziłam, czy wszystko spakowałam. Plastyka - jest. Polak - jest. Matma - jest. Strój na W-F - jest.
Ubrałam się w białą bluzkę z wielkim serduchem na piersi i moje ulubione jeansy. Do tego najukochańsza niebieska bluza. Uczesałam się i zrobiłam z włosów koński ogon.
Miałam jeszcze sporo czasu, więc weszłam zobaczyć, czy jest coś nowego na blogach i Facebooku. Nic mnie nie ominęło.
Znów zerknęłam na budzik. 5:00. Halley pewnie już wstała. Zadzwoniłam do niej szybko.
- Heej!! - usłyszałam radosny głos po drugiej stronie słuchawki.
- Cześć. O której się spotkamy?? Bo ja za 45 minut wychodzę.
- O tej co zawsze. Ja już muszę kończyć. Paa!! - i zanim zdążyłam odpowiedzieć usłyszałam dźwięk przerwanego połączenia.
Czasem jej nie rozumiałam, a ona mnie. Zdarzało się, że nie rozumiałyśmy samych siebie. Dobra, nie czas na rozmyślania. Dzisiaj poniedziałek, a to znaczy tylko jedno, szkoła.
O, chyba rodzice i mój braciszek wstali. Wyłączyłam laptopa, wzięłam plecak i zeszłam na dół.
- Hej wszystkim. - mój głos rozbrzmiał chyba w całym domu.
- Dzień dobry, słońce. - błagam. Mama zawsze mnie tak nazywa.
- Ja już wychodzę. Umówiłam się z Halley. - rzekłam biorąc wcześniej przygotowane kanapki i termos z herbatą.
- Dobrze, ale uczcie się. - odparł tata śmiejąc się wesoło.
- Ok, paa!! - krzyknęłam zakładając równocześnie moje brązowe tenisówki do kostek i kurtkę tego samego koloru.
- Do zobaczenia! - usłyszałam jeszcze zanim zamknęłam drzwi.
Droga zajęła mi około 15 minut. Słońce właśnie wschodziło i otulało moją twarz swymi promieniami. Było ciepło, wiał tylko lekki wiatr. Od razu skojarzyło mi się to ze Smith. To była jej ulubiona pogoda. Wiatr był dla niej wyzwoleniem, jej sprzymierzeńcem.
Gdy dochodziłam do szkoły widziałam jak Hal macha mi przez okno szkolnego budynku. Weszłam i od razu usłyszałam za sobą donośne:
- Heej!!!! - nie powiem, przestraszyła mnie.
- Hej. - powiedziałam odwracając się do brązowowłosej przyjaciółki. - Czy ty zawsze musisz to robić??
- Co robić?? - najwyraźniej postanowiła udawać głupią.
- Ty dobrze wiesz co. Straszyć mnie. - odparłam zirytowana.
- Aaa... To. Nie muszę, ale chcę. - no i musiała ten swój firmowy uśmieszek przyodziać.
Poszłyśmy na górę, do klasy polonistycznej. Tam mamy zwykle plastykę. Pogadałyśmy tak z około 30 minut, a potem zaczęli się schodzić inni.
Lekcje jak lekcje. Nuudne. Nie chcę Was zanudzać, więc nie będę wspominać. Ale wracając.
Po szkole Hal poszła do mnie. Odrobiłyśmy lekcje, zjadłyśmy coś no i zaczęło się blogowanie. Najpierw Halley napisała rozdział na swoim, potem ja na moim, a na końcu napisałyśmy razem na naszym wspólnym blogu. I tak zleciał nam czas do 5 wieczorem, kiedy Smith musiała już wracać.
Ja natomiast weszłam sobie na Facebooka. I już po parunastu minutach zobaczyłam zieloną kropkę przy zdjęciu szarookiej. Nie powiem, zdziwiło mnie to. Zwłaszcza, że ja mieszkam na jednym a ona na drugim końcu miejscowości. Jak ona to robi?? Ja nie wiem. No, ja tu gadu gadu, a Halley zdążyła mnie już zasypać 1000 wiadomości. Poczatowałyśmy sobie dobre pół godziny jak nie więcej, aż zgłodniałam. Zeszłam więc na dół, zrobiłam sobie kanapkę z dżemem truskawkowym i wróciłam. Zjadłam, umyłam kiełki (był już wieczór przecież) i w ogóle się wykąpałam. Założyłam moją pidżamę składającą się z białej bluzki i spodni tego samego koloru, wysuszyłam włosy, po czym skierowałam się do swego przytulnego królestwa. Wchodząc do pokoju zauważyłam jak moja suczka rasy York, Fibi, leży i udaje, że śpi. Oczywiście, gdy tylko podeszłam bliżej, uniosła swój czekoladowy wzrok na mnie i zaszczekała wesoło. Od razu mi to o czymś przypomniało.
"Była wtedy Wigilia. A dokładnie wieczór. Już po kolacji. Szybko umyłam ręce, żeby móc już otworzyć swój prezent. Jak torpeda wbiegłam z powrotem do salonu i rzuciłam się (niedosłownie) na paczkę z moim imieniem. Zdziwiłam się tym, że miała ona kilka dziurek.
- Po co te dziurki?? - spytałam się taty.
- Otwórz prezent, a się przekonasz. - odparł mój ojciec.
Ostrożnie rozwiązałam kokardę i podniosłam wieczko pudełka. Otworzyłam szerzej oczy. To był piesek!
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję!! - krzyknęłam uradowana.
Tak, to był zdecydowanie jeden z najlepszych dni w moim życiu.."
Ocknęłam się z zamyślenia czując dotyk na lewej nodze. Spojrzałam w dół. To była Fibi. Ewidentnie chciała zwrócić na siebie moją uwagę. Przykucnęłam i pogłaskałam ją po grzbiecie. Uwielbiała to. Ogólnie to kochała pieszczoty. Zgasiłam światło, jednak lampka przy moim łóżku ciągle się paliła. Podeszłam w tamtą stronę, położyłam się i poklepałam miejsce obok. Nie musiałam nic mówić. Fibi sama przyszła ułożyć się przy mnie i przytulić się. Uśmiechnęłam się. Dostałam ją 2 lata temu, lecz kocham ją, jakbym znała ją od wieków. Zgasiłam światło i szczelniej opatuliłam się kołdrą. Czując dotyk mojej suczki, szybko odpłynęłam w objęcia Morfeusza...
***
Jak Wam się podobało?? Czekam na komy ;D.

Pozdrawiam,
Avalon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz